„Cudowny Panie Jezusie Bielański zmiłuj się nad nami ...”
to modlitewne zawołanie - wspomina po latach p. Irena - przekazała mi Mama w bardzo wczesnym dzieciństwie. Pamiętam też z tych dziecinnych lat Mamę długo modlącą się przed obrazem Cierpiącego Jezusa w kościele po Mszy Świętej, po Nieszporach i innych nabożeństwach, oraz pod kopią tego obrazu w naszym domu. Nie raz modliła się do późnej nocy, nie raz rzewnie płakała. Bardzo bolał mnie Jej płacz, płakałam, więc i modliłam się wraz z Nią. A potem, w ciągu swojego życia dane mi było tyle razy, z tą samą ufnością, jak moja Mama, i taką samą jak wtedy – w dzieciństwie, zwracać się do tego samego, mojego Bielańskiego Jezusa o pomoc, o ratunek, o cud. W pamięci z przekazu Mamy i własnych przeżyć, zachowały się różne wydarzenia. Oto jedno z nich:
Miałam wtedy 5 albo 6 lat. Były żniwa. Tata pada na gumnie w stodole obok wozu z żytem, w krwotoku, traci przytomność, szukam Mamy... Lekarz po dwóch godzinach dowieziony z Brzeszcz orzeka stan bardzo ciężki – pęknięcie wrzodów żołądka, ... wezwijcie księdza”; do szpitala w Białej (5-6 godzin wówczas) nie kieruje. Jest niedziela, Tata nie odzyskuje przytomności, wszyscy idziemy do kościoła, Hela niesie na rękach małego Stefana (Paciuś mu wtedy mówiliśmy); ja ze Stasią trzymamy się za rączki ... Uklękliśmy wszyscy na środku kościoła. Ja do dziś pamiętam swoją modlitwę do Cudownego Pana Jezusa Bielańskiego ... Gdy wróciliśmy jakoś radośnie i świątecznie palił się ogień pod kuchnią ... Mama nie płakała, a Tata leciutko uśmiechnął się do nas i małego Stefana pogłaskał po główce ... Tata już nigdy nie miał tych sił, jak przed chorobą, ale żył długo, pracowicie, służebnie Bogu i rodzinie.

październik – listopad 2004
Irena Nowakowska